Hodowla - odchowanie kociąt - problemy, dylematy, granice


O temacie dla kogo hodowla, jej radości, smutki, dylematy, myślałam już od dłuższego czasu, głównie dlatego, że chciał nie chciał, mam wątpliwą przyjemność obserwować jak beztrosko i bez zastanowienia ludzie bez żadnego przygotowania zabierają się za hodowlę. Ograniczę się tu do zawężenia tego tematu wyłącznie do jednego aspektu hodowli - czyli odchowania kociąt. Adresatami są przede wszystkim wszyscy ci, którzy myślą o własnej hodowli, bardzo młodzi i niedoświadczeni hodowcy szczególnie ci z przypadku ale także wszyscy inni zainteresowani od miłośników kotów, po hodowców z prawdziwego zdarzenia.
Przeraża mnie ilość osób, którym się wydaje, że "to wszystko samo się". A wśród tych którzy tak myślą, są i hodowcy - znam takich u których kotki są zostawiane same sobie na czas porodu i odchowania kociąt, weterynarze i pozostali.

Nie kochani, przyjmijcie łaskawie do wiadomości, że tu nic nie dzieje samo się.

Kotka potrzebuje szczególnej opieki przez cały okres ciąży, jeśli pod względem zdrowotnym wszystko jest książkowo to i tak, po pierwsze trzeba cały czas kontrolować czy aby na pewno wszystko jest dobrze, a po drugie potrzebuje wsparcia mentalnego ze strony człowieka. Gdy hormony zaczynają przejmować kontrolę można się spodziewać tak naprawdę wszystkiego. Trzeba obserwować swoje kotki i reagować na wszystko czego akurat potrzebują. A to będzie chodziło o poświęcanie jej i tylko jej całej uwagi, bo w przeciwnym wypadku będzie się czuła głęboko nieszczęśliwa ;) Moja Melba na około trzy tygodnie przed porodem, życzy sobie, żeby wszystkie koty zniknęły, ewentualnie może się z nimi spotykać na chwilę, byle za blisko do niej nie podchodziły bo ona sobie nie życzy! Wyjątkiem są jej córki, nie szkodzi, że już duże, ale dziecko jest dziecko i ona chce, żeby się do niej przytulały. Z kolei potrzeba przebywania ze mną i ze swoimi córkami wzrasta z każda chwilą coraz mocniej.
Ostatni tydzień przed porodem to czas, kiedy każda z moich kotek swoim zachowaniem zmusza mnie do rzucenia wszystkiego i bycia tylko z nimi. Nie wyobrażam sobie jak można w tym czasie zostawić je same sobie iść sobie spokojnie do pracy, bo przecież jest jeszcze czas. Miot B nauczył mnie, że nie ma, że w tym ostatnim tygodniu może wydarzyć się wszystko. W ten ostatni tydzień zawsze biorę urlop i mieszkam z kotką w pokoju dziecięcym, sypiam na dywanie - bo tylko takie spanie daje mi gwarancję, że się obudzę w każdej chwili i nie usnę mocno, bo jest po prostu zbyt niewygodnie ;)
Przez tych kilka miotów nauczyłam się już obserwować moje kotki, zauważać zmiany w nich zachodzące i objawy świadczące o zbliżającym się porodzie. Gdy jest jeszcze "bezpiecznie" nastawiam budzik co 4 godziny stopniowo przechodząc do co 2 godziny.

Gdy przychodzi do porodu też nic nie dzieje samo się. Nie jestem zwolennikiem zostawiania kotce pola do popisu i wkraczania tylko wtedy gdy zachodzi taka potrzeba. Ja "rodzę" za każdym razem z moimi kotkami. Każda z nich potrzebuje ogromnego wsparcia psychicznego przy porodzie, gdy przyszykuję wszystkie akcesoria, usiądę z nią, mówię, uspokajam, głaskam po brzuszku, wtedy dopiero uspokaja się i skupia na porodzie. Każde dziecko prosto z dróg rodnych mamy zawsze trafia w moje ręce, w zależności od okoliczności albo wspólnie z kotką oczyszczamy pyszczek, całego maluszka albo robię to sama, bo np. kotka z wielką pasją szoruje własną łapę ;) bądź jak czyścioszka Marysia - najpierw higiena osobista, bo dama nie będzie leżała z brudna pupą, a maluszek nie zając nie ucieknie ;) Pępowinki wszystkie odcinam, zaciskam i jodynuje ja, nigdy z żadną pępowinką porządku nie zrobiła żadna z mam.
I znowu - jeśli komuś się wydaje, że to wszystko zawsze i z każdym kociątkiem wygląda tak lajtowo, przyjemnie i sielankowo to się naprawdę grubo myli. Część wyskakuje jak z procy, ale są i takie, które rodzą się bardzo trudno. Jeśli nawet kociak rodzi się główka, to nie zawsze jest to łatwy poród -zależy od ułożenia tej główki. Mogą rodzić się pupkami, tylnymi łapkami. a nawet bokiem - to zazwyczaj martwe maleństwo, ale podobno nie koniecznie - tego jeszcze nie przerobiłam na własnej skórze, więc nie wiem na pewno. Czasem zachodzi potrzeba wspomóc kotkę w skurczach, czasem trzeba maleństwo z niej wyciągnąć - oczywiście trzeba to robić w sposób umiejętny, żeby ani maluchowi ani kotce krzywdy nie zrobić. Czasem kocięta wymagają reanimacji i to też trzeba umieć robić - odessać malucha, zrobić sztuczne oddychanie, masaż serca. Trzeba też wiedzieć kiedy przestać reanimować. Czasem kocięta rodzą się martwe i żadna reanimacja nie pomoże, a czasem rodzą się z wadami, które są wyrokiem.
Od dawna prześladuje i przeraża mnie myśl co zrobię jeśli urodzi mi się kociątko wytrzewione i do tego żywe, lub takie jak jakiś czas temu widziałam na zdjęciu, nie dość że wytrzewione to jeszcze ze zniekształcona główką - koszmar. Tego nie można wykluczyć, że nigdy nas to nie spotka. Temu komu się wydaje, że skoro ma przebadane i zdrowe koty, które już ileś tam potomstwa mają, nigdy nie może urodzić się taki kociak, to tylko tak mu się wydaje.

Pierwsze dwa tygodnie życia to tak naprawdę czas kiedy wszystko może się zdarzyć. Są kociaki, że tylko patrzeć i podziwiać i palcem jednym kiwać nie trzeba. Są takie, które wymagają wsparcia - raz mniejszego raz większego, czasem są to 2 ml mleczka, które stawiają malucha na nogi i dalej już sam sobie doskonale radzi. Są takie, które maja bardzo trudny start, nad którymi trzeba bardzo mocno się wysilić, żeby dać im szansę. Zdarzają się infekcje bakteryjne i zdarza się śmierć.
Nawet przy kociakach, które od pierwszych chwil idą jak burza, nie można być niczego pewnym w 100% Miałam już kociaka, którego straciłam, mimo, że początkowo nic na to nie wskazywało a koniec końców umarła na zachłystowe zapalenie płuc.
Te pierwsze dwa tygodnie nawet gdy wszystko jest hiper super i tak wymaga pełnej kontroli hodowcy i ciągłego trzymania ręki na pulsie, bo sytuacja potrafi zmienić się diametralnie a wtedy czas jest na wagę złota.
Temu komu się wydaje, że większość kociąt od razu leci do cycusia, pięknie z niego ciągnie i ma wzorcowe przyrosty - temu tylko tak się wydaje. Tu pokutuje chyba postrzeganie kotów poprzez pryzmat wiejskich czy piwnicznych dziczków, gdzie kotka ani nie ma opieki i wsparcia człowieka, sama rodzi i wszystkie kociaki są silne i zdrowe, a te które nie są to znaczy, ze były słabe i matka natura wiedziała lepiej co robi. Litości!!! Bzdura na kółkach, bo przede wszystkim, nie mamy bladego pojęcia co się działo z kotką w czasie porodu, ile kociąt urodziła, ile przeżyło a jeśli nie przeżyło to dlaczego.

Miedzy nami mówiąc, doprowadzają mnie do szału zwolennicy tzw. naturalizmu. Najchętniej im wszystkim zaproponowałabym zrezygnowanie z wszelkiej opieki medycznej - w końcu jest to wbrew naturze, a matka natura wie lepiej, po co się leczyć, po co poddawać operacjom, po co chodzić do dentysty, w końcu nasi przodkowie latali z maczugami i mieli się świetnie, kobiety nie rodziły ze wsparciem medycznym, tylko na kamieniu pod drzewem i też było dobrze a dzieci te które miały przeżyć przeżyły, o matkach nie wspominając. O takich drobiazgach jak wysokość średniej życia czy też umieralności z powodu bzdurnych chorób, zupełnie nie warto wspominać, przecież cywilizacja jako taka jest fuj.
Kiedy czytam bądź słyszę o wypowiedziach, bądź co bądź nie głupich ludzi, którzy twierdzą, że hodowcy robią krzywdę populacji zwierząt, które hodują, ratując kocięta które mają trudny start, to mnie krew jasna zalewa. Z jakiego niby powodu mam odmówić prawa do życia, kociaczkowi, który miał pecha się zachłysnąć w czasie porodu, złapać infekcję, czy jest np. nieco jeszcze niedotleniony po porodzie stąd ma zaburzony odruch ssania? A kwestia właściwego doboru kotów do hodowli to zupełnie inna para kaloszy, że się tak trywialnie wyrażę. Prawdziwy, rzetelny i mądry hodowca nie przeznaczy do hodowli kota nie mającego odpowiednich walorów zdrowotnych - o innych aspektach nie piszę, bo to temat tak szeroki, że tu nie ma na to miejsca. Ale daleka byłabym od stwierdzenia, że każdy kot, który potrzebował jakiegokolwiek wsparcia po porodzie nie może być przeznaczony do hodowli. To tak jakby twierdzić, że kociątko które od pierwszych sekund swojego życia miało się świetnie, świetnie się rozwijało ma gwarancje na długie życie w doskonałym zdrowiu, no niestety nie ma, bo to wszystko nie jest takie proste. A ten który lekką rączką przeznacza do hodowli wszystko jak leci w życiu nie będzie tracił czasu ani pieniędzy na ratowanie kociąt, dlaczego a z prostej przyczyny, bo nigdy nie wiadomo czy w finale nie okaże się, że problemy są wynikiem jakiejś np. wady a po co takiemu problemy, produkcja musi iść pełną parą przecież.

Nie jestem w stanie tu napisać instrukcji w jaki sposób należy pomagać kociakowi czy kociakom, które potrzebują wsparcia, bo wszystko zależy od tego co się dzieje i na to co się dzieje trzeba reagować.
Ale to co jasno i wyraźnie muszę napisać, tak, żeby dotarło do każdego - to, że kociątko nie przybiera jak należy na wadze, to, że ma problemy z jedzeniem z cycusia, czy cokolwiek innego nie oznacza od razu, że kociak ten ma jakieś nie wiadomo jakie wady.
Przyjmijcie łaskawie do wiadomości młodzi hodowcy, a właściwie to dopiero adepci na hodowców, że mioty, przy których będziecie siedzieć i podziwiać jakie to macie fajne puchate kluski i tylko w kajeciku wpisywać sobie radośnie rekordowe przyrosty wagi będziecie mieli, bo takie się zdarzają, ale one tylko się zdarzają, a odchowanie kociąt, to ciężka i koszmarnie stresująca praca, wiążąca się z poświęceniem, z zarywaniem nocy przez całe tygodnie, niedospaniem, niedożywienie - naszym rzecz jasna, to norma i zwykła najzwyklejsza rzeczywistość hodowlana. I albo ktoś potrafi to robić, baa, pomimo stresu i zmęczenia robi to z radością, przyjemnością, z sercem i co najważniejsze MĄDRZE, albo nie powinien nawet myśleć o hodowli.
Nie każde kociątko, które ma trudny start jest jedną wielką wadą i bezpardonowe, bezmyślne dążenie do tego, żeby poprzez badania dojść do wiedzy, czy problemy są wynikiem wady czy po prostu maluch wymaga większego bądź mniejszego wsparcia i z czasem dogoni rodzeństwo i będzie okazem zdrowia, jest po prostu nie do przyjęcia. To co możemy robić - powtarzam, to nie jest gotowa recepta na wszelkie problemy i z pewnością nie wymienię wszystkiego, choćby tylko dlatego, żeby ktoś nie skorzystał mimo wszystko w bezmyślny sposób w problemowej sytuacji - to dokarmić, nawodnić, dogrzać, podać antybiotyk.
Ja po doświadczeniach z Floriankiem staram się ograniczyć do niezbędnego minimum wszelkie możliwe zagrożenia zdrowia i życia moich kociąt. Jak kiedyś wołałam weterynarza z byle powodu, tak teraz staram się go wpuszczać do domu tylko w sytuacjach, które tego bezwzględnie wymagają. Maleństw do lecznicy też już nie zabieram - po Florku zrobiłam to jak na razie tylko jeden raz, kiedy sytuacja wyglądała tak, że nie było nic do stracenia a to była jedyna szansa, ze może jednak się uda - nie udało się. Tylko z Florkiem jak kretynka jeździłam na zastrzyki do weterynarza, narażając dzień w dzień jego życie, które i tak wisiało na włosku, potem nauczyłam się sama robić zastrzyki i kiedy w miocie F pojawiła mi się infekcja, ja sama podawałam im zastrzyki.
Mam całkiem rozsądnego weterynarza, z bardzo zdroworozsądkowym podejściem, który stara się razem ze mną przeanalizować wszystkie objawy o których mu mówię, wie, że potrafię obserwować własne kocięta, że potrafię prawidłowo użyć i termometru i stetoskopu.
Tu niestety muszę wspomnieć o jeszcze jednym nieszczęsnym aspekcie, pomocy i wiedzy weterynaryjnej. Tak naprawdę poziom wiedzy weterynarzy w przypadku kocich osesków jest mizerny, gorzej niż mizerny... Oczywiście jak w każdej innej dziedzinie zdarzają się wyjątki, niemniej jednak, z tym wsparciem weterynaryjnym jest bardzo źle. A gdy słyszę, że weterynarzowi wydaje się, że kociak po porodzie jak jest zdrowy to ssie mamę i ładnie przybiera, a skoro tego nie robi to jak nic musi mieć jakieś wady, to mi ręce i nogi opadają. Robienie maleństwu inwazyjnych badań jest zupełnie nieuzasadniona brawurą i zabawą w Pana Boga nie zważając na cenę jaką można za to zapłacić, cenę bólu, cierpienia, bez najmniejszych korzyści, a już jakieś korzyści ktoś ma, to na pewno nie torturowane niemowlę...
Radą byłoby gdyby weterynarze zechcieli współpracować z hodowcami, traktować ich jak partnerów w tej dziedzinie i wtedy można podnieść poziom opieki dla kocich noworodków, ale niestety w wielu przypadkach przeszkodą nie do pokonania jest zarozumialstwo, pycha i przeświadczenie o własnej wybitnej wiedzy.
Z mojego doświadczenia wynika, że jeśli kociątko ma szanse, to postępując tak jak powinniśmy, dajemy mu szanse na normalne, zdrowe życie, pomimo trudnego startu. Miedzy innymi dlatego tak stresującą jest praca hodowlana, że przy każdym kociaku, z którym są jakiekolwiek problemy zachodzi podejrzenie, że ma jakąś wadę która może wpłynąć na jego przyszłe życie, pół biedy jeśli jest to coś co pomimo konieczności utrzymania np. jakiejś diety da szansę na normalne życie, gorzej gdy jednak nie.
Natomiast w przypadku kiedy kociątko rzeczywiście obciążone jest jakimiś ciężkimi wadami, jeśli naprawdę nie ma szans, to jego stan będzie się z każdą chwila pogarszał cokolwiek byśmy nie robili i przychodzi taki moment, kiedy się wie o tym, że dalsza walka, to tylko przedłużanie cierpienia i trzeba pozwolić maleństwu odejść.

Tak na marginesie - to nieprawda, że kotki nie chcą zajmować się kociętami, które nie mają szans. Na pewno takie są, ale wszystko zależy od kotki. Jedna będzie wzorową matka polką, inna matka wariatką noszącą swoje dzieci z miejsca na miejsce - ale tu to raczej bym się zastanawiała czy aby na pewno człowiek nie popełnił błędu i nie stworzył kotce takich warunków, których ona nie może uznać za bezpiecznie. Moje kotki do ostatnich sekund chciały pomóc swoim dzieciom. Chyba najstraszniejszy obraz jaki na zawsze pozostanie mi przed oczami to gdy Tinusia przyszła do umierającej Fiorelli. Wiedziała tak samo dobrze jak ja, że to już koniec, zostawiła pozostałe dzieci i razem ze mną przytulała ją i całowała, wyglądało to tak jakby chciała się z nią pożegnać i choć troszkę ułatwić jej przejście na drugą stronę.

Po tych najbardziej niebezpiecznych dwóch tygodniach przychodzi już zdecydowanie łatwiejszy i bezpieczniejszy czas, co nie znaczy, że jest to czas kiedy hodowca leży do góry brzuchem. Za chwilkę zaczyna się nauka jedzenia, kuwetkowania, potem zabiegów pielęgnacyjnych a przez cały czas nauka życia i zwykła codzienna praca nad kształtowaniem ich charakterów, bo to co dostaną w hodowli stanowi bazę na całe ich przyszłe życie. A ta baza albo zostanie wykorzystana przez nowych opiekunów, albo zaprzepaszczona - czasem wcale nie ze złych pobudek ;) ale tu już zaczynam wchodzić w temat socjalizacji kociąt :)

Reasumując, adepci na hodowców, niech przyjmą podaną w tej chwili na tacy wiedzę do której ja musiałam tak naprawdę sama dochodzić: podstawową regułą jest to, że nie ma żadnych jedynych uniwersalnych reguł ani jedynych prawd oświeconych.
Każdy miot jest inny, nawet po tych samych rodzicach, każdy kociak jest inny, każdy inaczej się rozwija, jedne mają łatwy inne trudny start, co nie oznacza, że tym z trudnym startem mamy takimi czy innymi działaniami stawać na głowie, żeby im szanse odebrać.
Każda ciąża jest inna i to, że kotka dotychczas pluła kociętami, nie oznacza, ze kolejny raz nie będzie miała poważnych komplikacji przy porodzie.
Dla hodowcy to przede wszystkim ciężka praca, stres, odpowiedzialność za powołane do życia istotki. Brak snu, czołganie się godzinami na kolanach i łokciach po podłodze, najpierw z głową w porodówce, potem przy nauce jedzenia. Przewrócone do góry nogami życie, a właściwie to hodowla staje się całym życiem, bo żeby to wszystko miało sens, potrzeba pełnego i bezwarunkowego zaangażowania. Bo gdy kotka ma rodzić, gdy kocięta potrzebują pomocy nie ważna jest ani praca zawodowa ani nic innego. Urlopy nie służą do wypoczynku, kto by czas tak idiotycznie marnotrawił, skoro za chwilę potrzeba będzie 24 godzinnego zaangażowania w odchowanie kociąt.
Ci którym się marzy hodowla, a wydaje im się, że to tak słodko i cudownie mieć sobie takie fajne małe, puchate kulki, a wszystko samo się, niech uwierzą, że tak nie jest, a takie postrzeganie to zwykłe dziecinne mrzonki. Zastanówcie się ile jesteście w stanie poświęcić, jak bardzo się w hodowle zaangażować i czy aby na pewno jest to tym czego się po hodowli spodziewacie.
Nie mogę pominąć milczeniem wszystkich tych, którzy z bałwochwalczym i bezkrytycznym uwielbieniem i podziwem podchodzą do samego faktu, że hodowca ratuje kociątko, że się tak poświęca i takie tam farmazony.
Kochani moi, ktoś, kto decyduje się być hodowcą po prostu musi hodowlą żyć i to jest a przynajmniej powinna być norma. To jest tak, jakby ktoś matce - ludzkiej matce, hołdy i czerwony dywan z kwieciem pod nogi rzucał, dlatego tylko, że kocha i opiekuje się swoim dzieckiem, a przecież to po prostu naturalna kolej rzeczy, co nie znaczy, że jak od każdej normy nie ma wyjątków. Tylko tak jak w przypadku matek, piętnować należy te wyrodne, doceniać te dobre, ale niekoniecznie z bezkrytycznym twarzobiciem i plackopadaniem, tak w przypadku hodowcy piętnować tych, którzy dyplomatycznie rzecz ujmując, stali się nimi przez przypadek, doceniać, ale nie koniecznie wielbić, tych którzy wkładają w to całe serce ale jednocześnie nie zapominają o wiedzy i ciągłym, nieustannym dokształcaniu się w każdym z aspektów hodowlanych.

Pomimo, że wyszedł mi nieco przydługi tekst - a mam nadzieję, że i tak ci, którzy powinni zdołają przez niego przebrnąć, to i tak temat zaledwie "musnęłam po łebkach" bardziej, żeby uświadomić istotę problemu, a nie wchodząc w szczegóły, szczególnie, że tak jak wspomniałam powyżej, nie da się napisać jednej jedynie słusznej recepty, trzeba umieć się uczyć, obserwować, trzeba widzieć i reagować i nigdy ale to przenigdy nie zapominać o tym, że mamy do czynienia z żywymi istotami, których życie i zdrowie leży w naszych rękach i jeśli podejmujemy jakiekolwiek kroki, muszą być one sensowne i poparte odpowiednią wiedzą ale również nigdy przenigdy nie wolno nam wyłączyć naszego serca w działaniach, które podejmujemy, bo kot to nie jest radyjko, które rozbierzemy na części i może uda nam się je naprawić, no a jeśli nie to trudno.


Opracowanie własne.
Kopiowanie, przetwarzanie, modyfikowanie i cytowanie wyłacznie za zgoda autora.







KONTAKT:

Agata Kozłowska
tel.: +48 693 465 475
e-mail: tinwerina@gazeta.pl
Sosnowiec

Design by morigan © 2007-2015 All rights reserved